niedziela, 27 marca 2011

Daffodil Day

25 marca w Irlandii to tradycyjnie już Dzień żonkila, czyli Daffodil Day, dzień w którym można dać datek osobom je zbierającym na ulicach na cel walki z rakiem, i dostać w zamian pąk żonkili. Uwielbiam zapach żonkili. W parkach i przy ulicach kwitną masowo:

nie ma w pobliżu pól ani łąk, są tylko domy i ulice, więc na co dzień pozostaje mi park. Mój lokalny park jest bardzo duży, ma ok 10 hektarów, i ciekawy, zwłaszcza ze względu na kilka małych jezior. Jest pozostałością podworską, niestety dworu już dawno nie ma. Jednak nie lubię za bardzo parków, ponieważ ich krajobraz jest "przetworzony", sztuczny, za bardzo ułożony, za mało naturalny, za mało dziki. Ale mimo wszystko bardzo dobrze że jest, ponieważ nie miałabym gdzie chodzić na spacery aby naprawdę oddychnąć, zwłaszcza że mieszkam w mieszkaniu. W parku jest ciekawa tablica przedstawiająca gatunki zwierząt i roślin typowych dla łąk irlandzkich (nazwy są po angielsku i po irlandzku):


moja łąka jest daleko, ale moje ulubione kubki mi o niej przypominają:


I co więcej, mimo że kubki są angielskie, tak naprawdę są polskie, ponieważ są produkowane pod Wrocławiem!
Posadziłam dziś w dużych doniczkach na balkon rzodkiewki, fasolkę szparagową (na razie będzie w mieszkaniu) oraz taką małą czerwoną cebulkę. Mam nadzieję, że szybko urosną.

piątek, 18 marca 2011

Joanna Newsom - Ca' the yowes to the knowes



Jeżeli już piszę o muzyce ludowo-tradycyjnej, nie mogę nie dodać innej swojej bardzo ulubionej piosneki w przepięknym wykonaniu Joanny Newsom, którą osobiście uważam ze geniusza muzycznego. Jest to stara szkocka piosenka, autorstwa Isobel Pagan (1740–1821), szkockiej poetki, która z powodu fizycznej deformacji miała niestety smutne życie. Mimo to, a może dlatego, potrafiła tak pięknie napisać o miłości.

 Ca' the yowes to the knowes
Call them where the heather grows
Call them where the burnie rowes
My bonnie dearie
When I went down the water-side
To see the fishes sweetly plaid
Beneath the hazel spreading wide
And the moon that shines so clearly
When I went down the water-side
'Twas there I met my shepherd lad
He row'd me sweetly in his plaid
And called me, I his dearie
If you'll but stand to what you've said
I'll come with you, my bonnie lad
And you may row me in your plaid
And i will be your dearie
You will get gowns and ribbons meet
And leather shoes upon your feet
And in my arms you'll lie and sleep
My bonnie dearie
As waters wimple to the sea
While day breaks in the sky so high
Till' clay-cold death shall blind my eye
I shall be thy dearie
Till' clay-cold death shall blind my eye
I shall be thy dearie
  
  


  
  

Foggy Dew




Wczoraj było święto świętego Patryka, partona Irlandii, który był niewolnikiem z Walii, który wypędził wszystkie węże z Irlandii i przy okazji zchrystianizował tą wyspę. Załączam link do pięknej irlandzkiej piosenki, śpiewanej z wyczuciem przez Sinead O'Connor, w aranżacji zespołu Chieftains, o Powstaniu Wielkanocnym.

środa, 16 marca 2011

uwolnić nasiona

17 i 18 kwietnia 2011 to ŚWIATOWE DNI PROTESTU PRZECIW PATENTOWANIU NASION.

Jest to temat dla mnie nowy, ale dzięki tłumaczeniu tekstu o patentowaniu nasion w USA dla ICPPC (Kolalicja dla Ochronz Polskiej Wsi, http://www.icppc.pl/) dowiedziałam się o tym problemie.Okazuje się, że w USA nasiona modyfikowane genetycznie są chronione prawami patentowymi, co oznacza że nasiona te nie mogą być poddawane obiektywnym badaniom i testom, ponieważ prawa patentowe właśnie chronią je na przykład przed konkurencją, która mogłaby wykraść ich "sekret". Skutek jest taki, że nasiona i rośliny, które z nich wyrastają, nie są dokładnie przebadane, i ich wpływ na ekosystemy, a także ludzi (ponieważ jednak już w bardzo małym stopniu, albo też w stopniu zbyt dominującym, jesteśmy częścią ekosystemów), nie jest dokładnie poznany. Jedna z genetycznie modyfikowanych roślin, na przykład, jest tak "zaprojektowana" genetycznie, aby być odporną na typowe dla niej szkodniki, ale okazuje się jednak, że również zabija pożyteczne biedronki. I nie wiadomo nam co jeszcze innego...
Jeżeli genetycznie modyfikowane nasiona nie będą chronione prawami patentowanymi, wtedy będzie możliwa bezstronna ich ocena i przeprowadzenie dogłębnych nad nimi badań. W USA jednak koncerny żywnościowe są jednak ogromną potęgą, i bardzo skutecznie i skrzętnie chronią swoje interesy, z ogromną szkodą dla środowiska i ludzi. Jest kilka ogromnych koncernów które zmonopolizowały rynek żywności. Na szczęście w Polsce tak nie jest, i mam nadzieje, nigdy nie będzie. Dlatego tak ważne jest utrzymywanie tradycyjnych małych gospodarstw, zaspokajajcych w dużym stopniu potrzeby żywieniowe utrzymujących je rodzin i społeczności lokalnej. Małe gospodarstwa są mniej szkodliwe dla środowiska, różnorodność uprawianych rośli, drzew jest dużo lepszym rozwiązaniem dla ekosystemu niż ogromne uprawy jednej rośliny, które są ekologicznią pustynią. Pamiętam jak nas uczono w szkole, że małe gospodarstwa, na których wtedy żyła połowa ludności Polski, są "nierentowne" i przestarzałe, i nowoczesnym modelem są zachodnie wielkie farmy, i zmniejszenie ilości rolników do kilku procent ludności, a nie kilkudziesięciu jak było, może nadal jest w Polsce. Zapewne po części jest to prawdą, dlatego że polscy rolnicy cierpią na niedostatek, jednak uprawianie własnej żywności z wyboru jest najlepszym sposobem na zapewnienie sobie zdrowej, ekologicznej żywności, oraz na dbanie o środowisko naturalne.

Niestety nie mam tutaj swojego ogródka, ale z zeszłym roku urosły mi całkiem niezłe pomidory w doniczkach, szpinak i bób. Mimo że balkon jest na półnoną stronę. Sukcesywnie staram się zalesiać swój kawałek ziemi w Polsce, od dawna nieużytek. Pamiętam jak w dzieciństwie pomagaliśmy dziadkom zwozić z niej siano, jazda na kopie siania była ogromną frajdą. Jednak jakcyś ludzie, o których niestety nie mogę wyrazić się inaczej niż bardzo negatywnie, podpalają łąki, i drzewa nie mają szans. Strasznie mnie to boli. Powinniśmy zorganizować dzień przeciwko podpalaniu traw. Jest to tak bardzo szkodliwe i bezsensowne,  a jednak jest plagą co roku. Łąka potrzebuje 7 - 9 lat aby się w pełni odregenerować po pożarze, nie wspominając o lesie, które często również płoną, oraz o ilości pożytecznych zwierząt, owadów które w ten sposób giną.  Jest to tak bardzo okrutne i głupie. Trzeba ludzi o tym edukować, uczyć dzieci w szkole od małego o tym jak ważna jest dla nas przyroda, szacunek dla niej, i przez to dla siebie samych. Jest to najważniejszym warunkiem przetrwania również i naszego gatunku...

http://www.uwolnicnasiona.pl/

niedziela, 13 marca 2011

nareszcie zakwitły żonkile

W zeszłym już tygodniu zaczęły kwitnąć żonkile i narcyze... z około trzytygodniowym opóźnieniem, z powodu śnieżnej i naprawdę mroźnej jak na Irlandię zimy. Wyglądają pięknie i tak bardzo... wielkanocnie.


Tutaj symbolem Wielkanocy są również dzikie króliki, a nie baranek, jak w Polsce. Króliki są tutaj bardzo liczne, ale w zimie prawie w ogóle ich nie widziałam, zaczynają chyba teraz dopiero wychodzić ze swoich norek. W lecie widać ich będzie bardzo dużo.


w parku jest kilka bardzo starych pięknych dębów. Pozbierałam zeszłej jesieni kilka żołędzi, ale tylko jeden, jak na razie, zakiełkował. Mój mały dąbek



pochodzi spod wielkiego starego dębu:


mam wielką nadzieję, że mój dąbek również będzie kiedyś takim ogromnym potężnym drzewem.

Pogoda jest ostatnio zmienna i typowo marcowa, ale od czasu do czasu pięknie świeci słońce:


niedziela, 6 marca 2011

chrust a inaczej faworki

Wczoraj pierwszy raz w życiu zrobiłam faworki, czyli chrust jak się w naszych rejonach mówi. Zawsze myślałam, że to bardzo trudne, ale tutaj niestety nigdzie nie widziałam go w polskich sklepach, a bardzo miałam ochotę, ponieważ nie jadałam ich od dzieciństwa, więc zebrałam siły i materiały, zwłaszcza smalec i okazało się to bardzo łatwe. Pierwszy raz również smażyłam na smalcu, i w ogóle pierwszy raz kupiłam tutaj smalec, który okazał się zadziwiająco tani (kostka 250 g 34 centy w Tesco!). Zapewne już po ostatkach - nie mam pojęcia kiedy skończył się karnawał a kiedy zaczął post - tutaj raczej się już tego nie obchodzi, z pewnością nigdy nie słyszałam słowa Carnival, chyba że w odnieśieniu do Rio de Janeiro. Natomiast o poście wspomina się czasem od niechcenia, coś tam napomykając o odstawieniu czekolady na ten czas. No więc chrust wyszedł bardzo fajny. Oczywiście ten który pamiętam z dzieciństwa był smaczniejszy, ale to chyba zawsze tak jest. Ten mój chyba ma mniej cukru w cieście. A może dlatego że najpierw osuszaliśmy go na ręcznikach papierowych z tłuszczu, a potem lądował na talerzu, gdzie był obsypywany cukrem. Z perspektywy czasu widzę że to był chyba błąd :-)  Pamiętam jak byłam mała, najbardziej lubiałam ten cukier puder pod chrustem, na dnie talerza, który był nasączączony ociekającym z chrustu smalcem. Niestety, dbając niepotrzebnie i pewnie złudnie o zdrowie, pozbawiłam się tej przyjemności. Pewnie dawniej również fakt że faworki ociekały tłuszczem był jednym z zalet, zwłaszcza jeżeli niedługo miał nastąpić wielki post.


Może za kilka lat zdobędę się na pączki z różą, kto wie... Moja babcia zwykła była robić 100. Oczywiście również smażone były na smalcu. Pewnie jednak najpierw powinnam zrobić konfiturę z płatków róży. Mam nadzieję, że niedługo będę miała własne róże... W ogóle interesuje mnie koncept jedzenia kwiatów i płatków kwiatowych. Wiem że można jeść również kwiaty cukinii, smaży się je w cieście. Również jak byłam mała jedłam płatki takich kolorowych kwiatów podobych do margarytek, nie mam zielonego pojęcia jak one się nazywają... Ale były smaczne... W każdym bądź razie jadalne (według mnie...). Wiem też że można piec ciasteczka z wrzosem. Muszę spróbować w lecie.