niedziela, 6 marca 2011

chrust a inaczej faworki

Wczoraj pierwszy raz w życiu zrobiłam faworki, czyli chrust jak się w naszych rejonach mówi. Zawsze myślałam, że to bardzo trudne, ale tutaj niestety nigdzie nie widziałam go w polskich sklepach, a bardzo miałam ochotę, ponieważ nie jadałam ich od dzieciństwa, więc zebrałam siły i materiały, zwłaszcza smalec i okazało się to bardzo łatwe. Pierwszy raz również smażyłam na smalcu, i w ogóle pierwszy raz kupiłam tutaj smalec, który okazał się zadziwiająco tani (kostka 250 g 34 centy w Tesco!). Zapewne już po ostatkach - nie mam pojęcia kiedy skończył się karnawał a kiedy zaczął post - tutaj raczej się już tego nie obchodzi, z pewnością nigdy nie słyszałam słowa Carnival, chyba że w odnieśieniu do Rio de Janeiro. Natomiast o poście wspomina się czasem od niechcenia, coś tam napomykając o odstawieniu czekolady na ten czas. No więc chrust wyszedł bardzo fajny. Oczywiście ten który pamiętam z dzieciństwa był smaczniejszy, ale to chyba zawsze tak jest. Ten mój chyba ma mniej cukru w cieście. A może dlatego że najpierw osuszaliśmy go na ręcznikach papierowych z tłuszczu, a potem lądował na talerzu, gdzie był obsypywany cukrem. Z perspektywy czasu widzę że to był chyba błąd :-)  Pamiętam jak byłam mała, najbardziej lubiałam ten cukier puder pod chrustem, na dnie talerza, który był nasączączony ociekającym z chrustu smalcem. Niestety, dbając niepotrzebnie i pewnie złudnie o zdrowie, pozbawiłam się tej przyjemności. Pewnie dawniej również fakt że faworki ociekały tłuszczem był jednym z zalet, zwłaszcza jeżeli niedługo miał nastąpić wielki post.


Może za kilka lat zdobędę się na pączki z różą, kto wie... Moja babcia zwykła była robić 100. Oczywiście również smażone były na smalcu. Pewnie jednak najpierw powinnam zrobić konfiturę z płatków róży. Mam nadzieję, że niedługo będę miała własne róże... W ogóle interesuje mnie koncept jedzenia kwiatów i płatków kwiatowych. Wiem że można jeść również kwiaty cukinii, smaży się je w cieście. Również jak byłam mała jedłam płatki takich kolorowych kwiatów podobych do margarytek, nie mam zielonego pojęcia jak one się nazywają... Ale były smaczne... W każdym bądź razie jadalne (według mnie...). Wiem też że można piec ciasteczka z wrzosem. Muszę spróbować w lecie.

3 komentarze:

  1. Na śląsku Cieszyńskim smaży się kwiaty czarnego bzu. Trzeba zrobić ciasto naleśnikowe, zamoczyć w nim kwiat i na patelnię :)
    Faworki wyglądają smakowicie :)
    Zajrzałam na Pani bloga gdyż chciałam podzielić się informacją: otóż jeśli Pani nadal szukała jakiegoś fajnego miejsca na dom to mój sąsiad zamierza sprzedawać kilka działek :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję bardzo za tą informacje. Nigdy nie słyszałam o jedzeniu kwiatów czarnego bzu... tylko o nalwekach. Czarny bez, z tego co mi się kiedyś obiło u uszy, jest bardzo zdrowy, więc na pewno spróbuję.
    Nadal szukam miejsca na dom, najbardziej chciałabym kupić stare gospodarstwo wiejskie (kilka ha)z domem do remontu, stajnią, stodoła, itp. Jestem jednak z babci prababci ze wsi... Nie byłam nigdy w Pani rejonach, czy może mnie Pani nakierować na jakąś stronę ze zdjęciami z Pani okolic?

    OdpowiedzUsuń
  3. Proszę do mnie napisać na maila , odpiszę i prześlę zdjęcia oraz informacje na temat okolicy :) edytakrzesaj@gmail.com

    OdpowiedzUsuń