piątek, 17 czerwca 2011

Ważkie sprawy


Wróciłam z kraju, co jak zwykle nie było łatwe, zwłaszcza że w Polsce było codziennie słonecznie i przepięknie. Wychodziłam z domu - kukały kukułki, coś piszczało w trawie, latały ważki, pachniały sosny, jadłam pyszne słodkie truskawki... W Irlandii konfrontacja z rzeczywistością - deszcz i chmury jak z potopu przez większość dnia. Jak dobrze że mam samochód. Już nie moknę :-)
Jednak Irlandczcy wynagradzają ten klimat swoją serdecznością... To naprawdę wspaniale otwarty i radosny naród. Na przykład w Polsce, nawet przy wylocie, paszporty są sprawdzane po trzy razy przez bardzo surowo wyglądających i mających ogromne poczucie swojej ważności urzędników. W Irlandii nawet przy przybyciu, miły urzędnik zerknie szybko na paszport, uśmiechnie się i powie dziękuję po irlandzku. Co może nie jest najlepsze z punkt widzenia ochrony przed nielegalnymi imigrantami lub przestępcami, ale daje przeciętnemu przybyszowi poczucie gościnności. Nie przestaje mnie to dziwić, taki kontrast w porównaniu do Polski.
Ważki w kraju pozowały do zdjęć... Wydają się być bardzo zdziwione, mają takie ogromne oczy. Widziałam zielone i niebieskie. Choć dawniej wydawały mi się że są większe. I niestety nie widziałam moich ulubionych koników polnych, co się z nimi stało??



poniedziałek, 6 czerwca 2011

refleksje nad irlandzkim latem

Lato w Irlandii to raczej umowa - to miesiące w kalenadrzu które nazywa się latem, ale latem według mnie nie są. Przekonałam się o tym już w czasie swojego pierwszego lata na tej wyspie, ponad 9 lat temu - lało i lało, a ja marszując na przystanek w czasie tego lata zniszczyłam dwie pary butów od tych deszczów. Często do pracy zjawiałam się w przemoczonym ubraniu, a conajmniej skarpetkach. W ogóle tutaj trudno rozróżnić między porami roku - niewiele się między sobą różnią, z wyjątkiem małych różnic w temperaturze. Nigdy, oprócz tego pierwszego lata, oraz ostaniej zimy (było dość dużo jak na Irlandię śniegu przez trzy tygodnie) nie pamiętam jakie było lato tego czy tamtego roku, czy też wiosna lub zima tego czy tamtego roku - zawsze jest mniej więcej tak samo. Myślę, że w Irlandii pierwszą połowę roku można nazwać wiosną, a drugą jesienią. I to tyle. Cały rok w zasadzie można chodzić w tych samych ubraniach Ludzie tu się pytają mnie co my robimy (dosłownie) w Polsce jak jest np -15 stopni, albo jak jest + 30. Wiele ludzi nie potrafi sobie wyobrazić że można wtedy normalnie żyć. Owszem, może znają takie temperatury z wakacji - na pewno te wyższe, bo tu mało kto jeździ na narty. Ale właśnie tylko z wakacji. Na tydzień czy dwa.
No więc jak narazie cały maj i początek czerwca był tylko jeden letni, cały dzień słoneczny i ciepły dzień (23 stopnie, przy czym dla niektórych było to 32 stopnie - tak mi mówili, bo tak gorąco było!). Na blogach wszędzie czytam o lecie, truskawkach, pływaniu w jeziorze - ja na spacer chodzę w kurtce. Tak bardzo tęsknie za tym latem, nawet za upałem. Za prawdziwymi truskawkami też. Tutaj bowiem nie ma czegoś takiego jak sezon truskawkowy czy ogórkowy - te rzeczy są cały rok w sklepach, "świeże", ale zawsze bez smaku. Nie ma tutaj takich ogórków które mają taki wspaniały ogórkowy smak, ani takiego zapachu ziemi w powietrzu jaki czuć w Polsce w lecie, zaraz nawet po wyjściu z samolotu. Nie ma świerszczenia świerszczy, które tak bardzo kojarzą mi się z latem, ani kumkania żab, ani nigdy tutaj nie widziałam konika polnego. Może dlatego że mieszkam pod miastem. A może dlatego że ich nie ma - pewnie wyprowadziły się do Polski za lepszym życiem (klimatem). Tak bardzo kocham lato - urodziłam się w środku lata. I tak bardzo ważne jest to słońce, nacieszenie się słońcem, energią dla ciała i duszy, której zapasy pomogą przeżyć zimę, i zimowy brak słońca. No cóż, mam nadzieję, że jeszcze się nim nie raz nacieszę jak wrócę do Polski. W międzyczasie pocieszyłam się pysznym włoskim ciastem z kaszki kukurydzianej, mielonych orzechów migdałowych i kilku cytryn. Jest takie pięknie żółte jak słońce, i smakuje też bardzo letnio i po włosku...




Taka inna uwaga na temat irlandzki - tutaj zwykle ciasta jada się ze bitą śmietaną (jak ja lubię), z lodami lub z custard, czyli słodkim sosem z mleka, jajek i czasem mąki, jeżeli w wydaniu gotowo - sklepowym (według mnie taki jest lepszy niż robiony w domu). Może dlatego że ciasta są zwykle bardziej proste i mniej "bogate" (czyli tłuste) niż w Polsce. Ale zawsze coś musi do nich być miękkiego lub płynnego.

piątek, 6 maja 2011

wełna


Dzisiaj coś zupełnie z innej beczki... Mam wielką słabość do... wełny. Kilka dni temu nie mogłam się oprzeć zakupieniu dwóch wełnianych kocy, które w zasadzie nie są mi potrzebne, ale może kiedyś będą... A może potrzebne mi są dlatego, że są takie piękne... Koce są wykonane z pięknej i bardzo grubej wełny merynosów. Nie mogę zroumieć jak koc, wykonany z takiej delikatnej a jednocześnie gęstej wełny, w takich pięknych kolorach, wykonany w Portugalii, może kosztować ok 100 zł. Tyle pracy i wełny włożonej w wykonanie takiego koca, łącznie z ręczym obszyciem i frędzlami.






Jednym z niewielu podwodów dla których lubię zimę jest to, że w zimie można nosić wełniane swetry i inne wełniane ubrania. Prawdziwie wełniane swetry - jest to dla mnie bardzo ważne, aby sweter lub inne ubranie był wykonany ze stuprocentowej wełny. Lubię każdą wełnę - ostatnio jest modna wełna merynosów, ale ja wolę chyba ze "zwykłych" owiec, alpakę, oraz wełnę Shetland.





Z wełny można wykonać tyle pięknych rzeczy. Niestety nie umiem (jeszcze?) wełny prząść, ani robić na drutach, ale nauczyłam się wełnę filcować na mokro i na sucho. Filcowanie jest ostatnio bardzo modne, ale tak na prawdę ficowanie na mokro jest najstarszym sposobem wykonywania ubrań z wełny.







Na Wyspach Brytyjskich produkcja wełny była bardzo silną gałęzią przemysłu, przez setki lat, chyba aż do końca lat 70 - tych. Angielski, szkocki i irlandzki tweed był słynny na świecie, i drogi. Nie wiem jak jest w Polsce, ale na Wyspach nie opłaca się nawet strzyc owiec, ponieważ runo jest warte mniej niż koszt ostrzyżenia owcy! Nie mówiąc już o kosztach dalszego przygotowania wełny do produkcji ubrań. Runo jest problemem na właścicieli owiec. Oglądałam program, w którym pokazane było, że tradycyjne swetry i inne wełniane produkty irlandzkie tak naprawdę wykonane są w wełny z Chin! Tutejsze rune wykorzystuje się do ocieplania domów... Choć to zresztą też bardzo dobry pomysł.

niedziela, 1 maja 2011

Tyniec i tramwaj wodny

Dzięki temu, że Tyniec tak rozwinął się w ciągu ostatnich kilku lat, i chyba w ogóle turystyka w Krakowie i w Polsce, teraz kursuje w lecie tramwaj wodny po Wiśle pomiędzy Tyńcem, przez Stopień Kościuszki, aż pod Wawel i potem na Kazimierz. Podobno jest to stara linia, i taki trawmaj kiedyś kursował. Naprawdę warto nim "popłynąć", zwłaszcza jeżeli ktoś lubi wodę, a ja uwielbiam. Płynęłam nim dwa lata temu i było naprawdę pięknie, z nowej perspektywy można podziwiać Wawel, Kraków, klasztor w Bielanach, zamek w Przegorzałach oraz piękne zielone brzegi Wisły.
zdjęcie z kwietnia tego roku:
zdjęcia z sierpnia 2009:


po Wiśle do Tyńca pływają też inne, większe niż trawmaj statki, ale ja osobiście lubię być jak najbliżej wody



piątek, 29 kwietnia 2011

Tynieckie drewno

 W Tyńcu jest najstarsze opactwo w Polsce. Dużo się tu zmieniło przez ostatnie lata... Mieszkałam bardzo niedaleko, i często tu przyjeżdżaliśmy na rowerach albo na spacer. Ode mnie spacerem po wałach było/jest ok pół godziny. Z domu często słyszałam dzwony, w oddali, stłumione, ale słyszałam (tak się jakoś składa, że w każdym w zasadzie miejscu w którym dotychczas mieszkałam, a było ich kilka, słyszałam i słyszę dzwony kościoła). Teraz jest kawiarnia, restauracja, stare ruiny obok studni są odbudowane i jest tam centrum kulturalne. Jest bardziej udostępniony turystom. Mam wrażenie, że Tyniec stał się niemal kosmopolityczny. Dawniej miałam wrażenie, że mało kto o Tyńcu wiedział, teraz wydaje mi się że wie połowa świata. Dawniej miałam wrażenie, że był takim sekretem tylko dla wtajemniczonych... lub ludzi z okolic. Takim naszym własnym miejscem. Teraz jest już bardzo popularny. Ale to dobrze, że więcej ludzi to miejsce odwiedza i podziwia. Nie stracił swojej atmosfery, jest nadal piękny, okolice również. Mnie osobiście najbardziej podoba się tynieckie drewno - stara chata niedaleko oraz stara ogromna studnia na dziedzińcu:



 i jej piękne ciepło starego drewna:






miliony lat temu było tutaj bardzo ciepłe morze i dzięki temu są teraz takie piękne skały wapienne:


widok z przeciwpowodziowego wału:

i na koniec ta sama drewniana chata, tym razem z pilnującej jej kotem:

aż trudno uwierzyć, że dawniej wsie składały się właśnie z takich pięknych drewnianych domów.


a na koniec najważniejsze - nasz kotek, pasuje mu w tym swetrze, prawda?

niedziela, 10 kwietnia 2011

Dublińskie wzgórza

Ostatnio w Irlandii jest przepiękna pogoda. Słonecznie, ciepło, powietrze pachnie pięknie ziemią, wszelkie owady się pobudziły, większość drzew się zazieleniła. Irlandczycy mówią, że jest to bardzo nietypowe jak na kwiecień. Mnie to bardzo odpowiada, mam nadzieję, że będzie pięknie aż do późnej jesieni, już za dużo napatrzyłam się na irlandzkie ciężkie chmury i zimny wiatr, choć zanim tu przyjechałam, wydawało mi się to bardzo "romantyczne". Byłam dziś w Dublin Mountains, choć to nie są góry, ale raczej wzgórza. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś wszytskie były porośnięte lasami. Na zdjęciu widać górę, która podobno nazywa się "Katie Gallagher's":

po drodze typowe irlandzkie mury kamienne, czyli dry stone walls, z kamieni pozbieranych dawno temu na polach. Jest ich najwięcej na zachodzie Irlandii:


na prawie każdym polu pasły się konie, choć im dalej od Dublina, tym więcej jest owiec lub krów na polach.


na zdjęciu poniżej w dali widać nieco zamglone morze (a dokładnie Zatokę Dublińską - podobno jak jest dobra widoczność widać Walię):


byliśmy na starym cmentarzu z ruinami kościoła z X wieku (co tutaj nie jest takie rzadkie) w Kilternan, w środku którego rośnie drzewo. W Kilternan jest  również jedyny w Irlandii stok narciarski.



naokoło ruin jest teren bardzo starego cmentarza. Rodzice naszego przewodnika są na nim pochowani. Co tutaj również nie jest nietypowe, na cmentarzu pasły się owce, a zaraz za murem krowa i konie


bardzo stare płyty nagrobne:



oraz całkiem współczesny grób z piękną drzewną kopułą:

na zdjęciu poniżej widać jedną z bram do cmentarza, z małymi pomieszczeniami dla stróży pilnujących świeżych grobów przed "body-snatchers", czyli złodziejami ciał, którzy zarabiali na dostarczaniu ciał nieboszczyków profesorom medycznym:


mój kotek cieszy się słońcem w nieco inny sposób:


 

niedziela, 27 marca 2011

Daffodil Day

25 marca w Irlandii to tradycyjnie już Dzień żonkila, czyli Daffodil Day, dzień w którym można dać datek osobom je zbierającym na ulicach na cel walki z rakiem, i dostać w zamian pąk żonkili. Uwielbiam zapach żonkili. W parkach i przy ulicach kwitną masowo:

nie ma w pobliżu pól ani łąk, są tylko domy i ulice, więc na co dzień pozostaje mi park. Mój lokalny park jest bardzo duży, ma ok 10 hektarów, i ciekawy, zwłaszcza ze względu na kilka małych jezior. Jest pozostałością podworską, niestety dworu już dawno nie ma. Jednak nie lubię za bardzo parków, ponieważ ich krajobraz jest "przetworzony", sztuczny, za bardzo ułożony, za mało naturalny, za mało dziki. Ale mimo wszystko bardzo dobrze że jest, ponieważ nie miałabym gdzie chodzić na spacery aby naprawdę oddychnąć, zwłaszcza że mieszkam w mieszkaniu. W parku jest ciekawa tablica przedstawiająca gatunki zwierząt i roślin typowych dla łąk irlandzkich (nazwy są po angielsku i po irlandzku):


moja łąka jest daleko, ale moje ulubione kubki mi o niej przypominają:


I co więcej, mimo że kubki są angielskie, tak naprawdę są polskie, ponieważ są produkowane pod Wrocławiem!
Posadziłam dziś w dużych doniczkach na balkon rzodkiewki, fasolkę szparagową (na razie będzie w mieszkaniu) oraz taką małą czerwoną cebulkę. Mam nadzieję, że szybko urosną.

piątek, 18 marca 2011

Joanna Newsom - Ca' the yowes to the knowes



Jeżeli już piszę o muzyce ludowo-tradycyjnej, nie mogę nie dodać innej swojej bardzo ulubionej piosneki w przepięknym wykonaniu Joanny Newsom, którą osobiście uważam ze geniusza muzycznego. Jest to stara szkocka piosenka, autorstwa Isobel Pagan (1740–1821), szkockiej poetki, która z powodu fizycznej deformacji miała niestety smutne życie. Mimo to, a może dlatego, potrafiła tak pięknie napisać o miłości.

 Ca' the yowes to the knowes
Call them where the heather grows
Call them where the burnie rowes
My bonnie dearie
When I went down the water-side
To see the fishes sweetly plaid
Beneath the hazel spreading wide
And the moon that shines so clearly
When I went down the water-side
'Twas there I met my shepherd lad
He row'd me sweetly in his plaid
And called me, I his dearie
If you'll but stand to what you've said
I'll come with you, my bonnie lad
And you may row me in your plaid
And i will be your dearie
You will get gowns and ribbons meet
And leather shoes upon your feet
And in my arms you'll lie and sleep
My bonnie dearie
As waters wimple to the sea
While day breaks in the sky so high
Till' clay-cold death shall blind my eye
I shall be thy dearie
Till' clay-cold death shall blind my eye
I shall be thy dearie
  
  


  
  

Foggy Dew




Wczoraj było święto świętego Patryka, partona Irlandii, który był niewolnikiem z Walii, który wypędził wszystkie węże z Irlandii i przy okazji zchrystianizował tą wyspę. Załączam link do pięknej irlandzkiej piosenki, śpiewanej z wyczuciem przez Sinead O'Connor, w aranżacji zespołu Chieftains, o Powstaniu Wielkanocnym.

środa, 16 marca 2011

uwolnić nasiona

17 i 18 kwietnia 2011 to ŚWIATOWE DNI PROTESTU PRZECIW PATENTOWANIU NASION.

Jest to temat dla mnie nowy, ale dzięki tłumaczeniu tekstu o patentowaniu nasion w USA dla ICPPC (Kolalicja dla Ochronz Polskiej Wsi, http://www.icppc.pl/) dowiedziałam się o tym problemie.Okazuje się, że w USA nasiona modyfikowane genetycznie są chronione prawami patentowymi, co oznacza że nasiona te nie mogą być poddawane obiektywnym badaniom i testom, ponieważ prawa patentowe właśnie chronią je na przykład przed konkurencją, która mogłaby wykraść ich "sekret". Skutek jest taki, że nasiona i rośliny, które z nich wyrastają, nie są dokładnie przebadane, i ich wpływ na ekosystemy, a także ludzi (ponieważ jednak już w bardzo małym stopniu, albo też w stopniu zbyt dominującym, jesteśmy częścią ekosystemów), nie jest dokładnie poznany. Jedna z genetycznie modyfikowanych roślin, na przykład, jest tak "zaprojektowana" genetycznie, aby być odporną na typowe dla niej szkodniki, ale okazuje się jednak, że również zabija pożyteczne biedronki. I nie wiadomo nam co jeszcze innego...
Jeżeli genetycznie modyfikowane nasiona nie będą chronione prawami patentowanymi, wtedy będzie możliwa bezstronna ich ocena i przeprowadzenie dogłębnych nad nimi badań. W USA jednak koncerny żywnościowe są jednak ogromną potęgą, i bardzo skutecznie i skrzętnie chronią swoje interesy, z ogromną szkodą dla środowiska i ludzi. Jest kilka ogromnych koncernów które zmonopolizowały rynek żywności. Na szczęście w Polsce tak nie jest, i mam nadzieje, nigdy nie będzie. Dlatego tak ważne jest utrzymywanie tradycyjnych małych gospodarstw, zaspokajajcych w dużym stopniu potrzeby żywieniowe utrzymujących je rodzin i społeczności lokalnej. Małe gospodarstwa są mniej szkodliwe dla środowiska, różnorodność uprawianych rośli, drzew jest dużo lepszym rozwiązaniem dla ekosystemu niż ogromne uprawy jednej rośliny, które są ekologicznią pustynią. Pamiętam jak nas uczono w szkole, że małe gospodarstwa, na których wtedy żyła połowa ludności Polski, są "nierentowne" i przestarzałe, i nowoczesnym modelem są zachodnie wielkie farmy, i zmniejszenie ilości rolników do kilku procent ludności, a nie kilkudziesięciu jak było, może nadal jest w Polsce. Zapewne po części jest to prawdą, dlatego że polscy rolnicy cierpią na niedostatek, jednak uprawianie własnej żywności z wyboru jest najlepszym sposobem na zapewnienie sobie zdrowej, ekologicznej żywności, oraz na dbanie o środowisko naturalne.

Niestety nie mam tutaj swojego ogródka, ale z zeszłym roku urosły mi całkiem niezłe pomidory w doniczkach, szpinak i bób. Mimo że balkon jest na półnoną stronę. Sukcesywnie staram się zalesiać swój kawałek ziemi w Polsce, od dawna nieużytek. Pamiętam jak w dzieciństwie pomagaliśmy dziadkom zwozić z niej siano, jazda na kopie siania była ogromną frajdą. Jednak jakcyś ludzie, o których niestety nie mogę wyrazić się inaczej niż bardzo negatywnie, podpalają łąki, i drzewa nie mają szans. Strasznie mnie to boli. Powinniśmy zorganizować dzień przeciwko podpalaniu traw. Jest to tak bardzo szkodliwe i bezsensowne,  a jednak jest plagą co roku. Łąka potrzebuje 7 - 9 lat aby się w pełni odregenerować po pożarze, nie wspominając o lesie, które często również płoną, oraz o ilości pożytecznych zwierząt, owadów które w ten sposób giną.  Jest to tak bardzo okrutne i głupie. Trzeba ludzi o tym edukować, uczyć dzieci w szkole od małego o tym jak ważna jest dla nas przyroda, szacunek dla niej, i przez to dla siebie samych. Jest to najważniejszym warunkiem przetrwania również i naszego gatunku...

http://www.uwolnicnasiona.pl/

niedziela, 13 marca 2011

nareszcie zakwitły żonkile

W zeszłym już tygodniu zaczęły kwitnąć żonkile i narcyze... z około trzytygodniowym opóźnieniem, z powodu śnieżnej i naprawdę mroźnej jak na Irlandię zimy. Wyglądają pięknie i tak bardzo... wielkanocnie.


Tutaj symbolem Wielkanocy są również dzikie króliki, a nie baranek, jak w Polsce. Króliki są tutaj bardzo liczne, ale w zimie prawie w ogóle ich nie widziałam, zaczynają chyba teraz dopiero wychodzić ze swoich norek. W lecie widać ich będzie bardzo dużo.


w parku jest kilka bardzo starych pięknych dębów. Pozbierałam zeszłej jesieni kilka żołędzi, ale tylko jeden, jak na razie, zakiełkował. Mój mały dąbek



pochodzi spod wielkiego starego dębu:


mam wielką nadzieję, że mój dąbek również będzie kiedyś takim ogromnym potężnym drzewem.

Pogoda jest ostatnio zmienna i typowo marcowa, ale od czasu do czasu pięknie świeci słońce:


niedziela, 6 marca 2011

chrust a inaczej faworki

Wczoraj pierwszy raz w życiu zrobiłam faworki, czyli chrust jak się w naszych rejonach mówi. Zawsze myślałam, że to bardzo trudne, ale tutaj niestety nigdzie nie widziałam go w polskich sklepach, a bardzo miałam ochotę, ponieważ nie jadałam ich od dzieciństwa, więc zebrałam siły i materiały, zwłaszcza smalec i okazało się to bardzo łatwe. Pierwszy raz również smażyłam na smalcu, i w ogóle pierwszy raz kupiłam tutaj smalec, który okazał się zadziwiająco tani (kostka 250 g 34 centy w Tesco!). Zapewne już po ostatkach - nie mam pojęcia kiedy skończył się karnawał a kiedy zaczął post - tutaj raczej się już tego nie obchodzi, z pewnością nigdy nie słyszałam słowa Carnival, chyba że w odnieśieniu do Rio de Janeiro. Natomiast o poście wspomina się czasem od niechcenia, coś tam napomykając o odstawieniu czekolady na ten czas. No więc chrust wyszedł bardzo fajny. Oczywiście ten który pamiętam z dzieciństwa był smaczniejszy, ale to chyba zawsze tak jest. Ten mój chyba ma mniej cukru w cieście. A może dlatego że najpierw osuszaliśmy go na ręcznikach papierowych z tłuszczu, a potem lądował na talerzu, gdzie był obsypywany cukrem. Z perspektywy czasu widzę że to był chyba błąd :-)  Pamiętam jak byłam mała, najbardziej lubiałam ten cukier puder pod chrustem, na dnie talerza, który był nasączączony ociekającym z chrustu smalcem. Niestety, dbając niepotrzebnie i pewnie złudnie o zdrowie, pozbawiłam się tej przyjemności. Pewnie dawniej również fakt że faworki ociekały tłuszczem był jednym z zalet, zwłaszcza jeżeli niedługo miał nastąpić wielki post.


Może za kilka lat zdobędę się na pączki z różą, kto wie... Moja babcia zwykła była robić 100. Oczywiście również smażone były na smalcu. Pewnie jednak najpierw powinnam zrobić konfiturę z płatków róży. Mam nadzieję, że niedługo będę miała własne róże... W ogóle interesuje mnie koncept jedzenia kwiatów i płatków kwiatowych. Wiem że można jeść również kwiaty cukinii, smaży się je w cieście. Również jak byłam mała jedłam płatki takich kolorowych kwiatów podobych do margarytek, nie mam zielonego pojęcia jak one się nazywają... Ale były smaczne... W każdym bądź razie jadalne (według mnie...). Wiem też że można piec ciasteczka z wrzosem. Muszę spróbować w lecie.

niedziela, 20 lutego 2011

Irlandzkie bazie i kotki

Bazie na tle bardzo pochmurnego nieba oraz...


trudno było uchywić brak ogona kota na zdjęciu. Może ktoś wie czy jest to naprawdę kot rasy Manx? Ma budowę bardziej krępką, ciało wydaje się być krótsze niż zwykłego kota, a tylne nogi bardziej masywne. Wygląda trochę jak pomieszanie królika z kotem. Takie dziwne zwierzęta występują dziko w Iralndii, okazuje się...

Oraz przebiśniegi, chociaż nie mają czego przebijać bo śniegu nie ma już dawno...

a także szykujące masowo do kwitnięcia narcyzy. Będzie naprawdę pięknie jak już zakwitną

oraz jak nareszcie zaświeci słońce.